the more things change, the more they stay the same

Dodano 13 grudnia 2009, w ..., przez autor

Zaluje troche, ze przestalam pisac. Zyc chwila, tak?
Przygarnelam psa, sprobowalismy jeszcze raz z M., skonczylam 25 lat, zakochalam sie z znow w tempie Nowego Jorku, pomalowalam kuchnie na wsciekly zolty, nie wiem dlaczego kanapa stoi teraz w jadalni. To wszystko ma na pewno jakas wartosc. Tylko, ze teraz nie pamietam. Mam setki zdjec, na pewno sobie przypomne. Narazie jednak jade do Tajlandii, narazie nie musze pamietac.  

 

 

see, i can see

Dodano 25 stycznia 2009, w ..., przez autor

Odetchnęłam z ulgą, gdy udało mi się wyhamować tuż przed zatrzymanym przede mną samochodem. Wyjeżdżając z domu pomyślałam „żeby tylko dojechać w jednym kawałku.” Tak więc po cichu ucieszyłam się w środku, gdy zatrzymałam się w porę po lekkim ślizgu. Moja radość była prawie że efemeryczna, bo kilka sekund póżniej zobaczyłam w lusterku błękitny samochód sunący się bokiem prosto we mnie. I tak w zwolnionym tempie uderzył w mój samochód. Podziwiając zniszczenia, w zwolnionym tempie też widziałam, stojąc jak zamurowana na podboczu, jak sunie się prosto na mnie kolejny samochód, który za późno zaczął hamować. Wszystko się oczywiście dobrze skończyło, mój mózg w porę zareagował a tamten samochód wbił się w górę śniegu na poboczu. Policja pojawiła się w ciągu kilku minut. Po stwierdzeniu, że nikt nie jest ranny, a samochody całkiem sprawne do dalszej jazdy, policjant oznajmił, że nie da rady spisać od wszystkich raportu, bo na tym odcinku jest trzydzieści (!) innych wypadków i żebyśmy z tym pojechali na komisariat. Tak więc czekam na nowy zderzak i lampę.

W końcu pozbędę się moich zębów mądrości. Dentysta nie oszczedząjąc mi ani szczegółów, ani efektów dzwiękowych bardzo dokłądnie opisał jak to przepiłuje mi ząb na pół, żęby go wyjąć. Opowiedział też straszną historię o wyciąganiu kawałkó zębów z zatok. Zabłysnął też wiedzą o celebrities i zapytał się czy jestem zazdrosna o Jen Aniston (bo akurat leciał w radiu kawałek Johna Mayera, a ja jestem raczej jego antyfanem). Wcześniej jakaś asystentka zapytała się czy palę crack (!), a po mojej negatywnej odpowiedzi wytłumaczyła, że pyta tylko dlatego, że leki przeciwbólowe jakie mi dadzą bedę słabsze od cracku i marihuany, więc jak palę, to ona to poleca. Jednak wybieram Vicodin. Mam nadzieję, że do poniedziałku będę w stanie mówić, bo nie mogę moich studentów pozostawić przecież na pastwę losu (mając na myśli innych instruktorów oczywiście). O mamo, mam nadzieję, że nie będzie tak strasznie, jak wszyscy mówią. 

Jak zwykle o tej porze roku, marzę o gorących płytach lotnisk. Za oknem śnieg do kolan i -15.

You know I know just how you feel
I’m starting to find myself feeling that way, too

 

the things i think just don’t make sense

Dodano 15 stycznia 2009, w ..., przez autor

Polubiłam te długie dni. Mam czas na wszystko i trochę jeszcze w nadmiarze.

 

I bet you’ve changed your wardrobe since we met

Dodano 11 stycznia 2009, w ..., przez autor

Chronologicznie starając się zapisać coś na późniejsze wspominanie.

Codzienne odliczanie od ośmiu w dół nudziło mnie potwornie. Spędzanie lata w biurze o temperaturze przemysłowej chłodziarki trochę mnie przygnębiało, a wizja conajmniej czterech kolejnych lat tam zmieniłaby mnie chyba w chronicznego narzekacza. 

Ku odświeżeniu swojej polszczyzny odwiedziłam kulturalną stolicę Polski. Później znalazłam się w stolicy Holandii, następnie w stolicy Warmii i Mazur, a na końcu w stolicy trójmiejskiego lansu. Wszystko się zmienia, ale ja chyba coraz bardziej uodparniam się na zaskoczenia, coraz mniej mnie dziwi. Nawet nie muszę się godzić z tymi zmianami, bo wydaję mi się, że od zawsze czułam jaki będzie ten happy end. Mam też kolejny rozdział do mojego ekstremalnego przewodnika dzięki opóźnionemu lotowi do Amsterdamu. Spędziłyśmy z M. noc na ulicy w Amsterdamie, koczując na schodach naszego hotelu (który przecież w nocy jest zamknięty), łażąc wzdłuż kanałów z walizkami, których kółeczka podbijały się na nierównym bruku i myląc komisariat nawet nie wiem z czym (bo miał maszynę do kawy). W Olsztynie dowiedziałam się, że kupując kurki od straganiarzy czas to jednak pieniądz. Wystarczy poczekać pięć minut, wypalić papierosa, a ich cena może zmienić się trzy razy! W antykwariacie sprawdziliśmy jeszcze w trzydziestoletnim podręczniku grzybiarza, czy nasze zakupione okazyjnie kurki to napewno kurki, a w domu zmieniłam je w pyszną zupę, której pieprzny smak czuję nawet teraz. W Sopocie czułam się jak w piątym wymiarze. Po kilku godzinach w pociągu, w starej bluzie i klapkach wylądowałam w jakiejś restauracji, gdzie obok Marka Kamińskiego, odpacykowanych mężczyzn i nad-elegancko wypindrzonych kobiet czułam się conjamniej jak ostatni flejtuch. Poszłyśmy tam tylko dla pysznych makaronów – na szczęście K. jest wciąż normalna.

Rzuciłam moją nudną pracę, znalazłam ciekawszą, zakochalam się na nowo, przeprowadziłam się, zapomniałam setki codziennych przygód i przeszkód, czego już żałuję, zaliczyłam przez pierwszy semestr studiów magisterskich, i nagle jest już styczeń 2009. 

 

 

 

night at the Rothbury

Dodano 2 lipca 2008, w ..., przez autor

Jedziemy. Jutro. Jak zawodowi obozowicze, mamy spakowane wszystko – od namiotu przez spray od komarów po propan. Nie mogę się doczekać. No nie mogę!

 

wrong&right.

Dodano 23 czerwca 2008, w ..., przez autor

Jeśli to prawda, że teraz w modzie jest wyglądanie na zblazowanych, przeżutych i wyplutych, to właśnie staliśmy się modni. Pijemy kawę po północy na schodach sąsiadów rozmawiając o rzeczach dobrych i złych, nocą zwiedzamy starą część miasta na rowerach, śpimy po 5 godzin, uciekamy na plażę, żeby jeść truskawki i głośno słuchać Yeah Yeah Yeahs w drodze do domu, odpalając kolejnego papierosa. Włosy mamy rozczochrane od jazdy przy otwartych oknach i odsypianiu minionego tygodnia na trawniku, a koszulki drugiej świeżości, bo wczorajsze. Z kolejnym kubkiem kawy w ręku, z resztkami tajskiego jedzenia na wynos, i idąc do domu resztkami sił, wprawiamy w zakłopotanie (może nawet i wkurwiernie) napotkanych znajomych, bo wyglądamy wskazująco. Wskazująco na coś niedobrego, niepoprawnego i na coś, co nigdy nie powinno się było zdarzyć. W poniedziałek wstajemy po szóstej, jakby tak było od zawsze i pijemy wczorajszą kawę.

 

piątek trzynastego

Dodano 14 czerwca 2008, w ..., przez autor

I wtedy Zach wyciągnął spod siedzenia drewniane pudełko, wybrał z niego jedno cygaro, a całość postawił na dachu swojego XJ6 z 1987 roku, po czym odciął kapturek. Reszta cłopaków odpaliła razem z nim urodzinowe cygara i wsiedliśmy do środka z wielką chmurą dymu (to po to, „żeby pozbyć się zapachu stargo faceta,” którym przesiąknieta jest skóra w środku, ale jak dla mnie to po prostu śmierdzi pastą do butów). Zatrzasnęliśmy drzwi i powoli wyjechaliśmy z podjazdu na ulicę, zazwyczaj ruchliwą, ale teraz akurat szczególnie pustą. Przejechaliśmy może ze sto metrów, gdy coś z wielkim hukiem uderzyło za nami o asfalt. Drewniane pudełko leżało teraz na środku mokrej drogi pomiędzy porozsypywanymi cygarami. „To Twoje cygara!” Zach zatrzymał się, na środku ulicy, chociaż i tak kilkadziesiąt metrów zajęło mu połączenie faktów. Wyskoczyłam, żeby to wszystko pozbierać zanim jakiś samochód przejedzie te warte niemałą fortunę cygara, ale w tych sandałach biega się strasznie, więc Edman wyskoczył za mną i jakiś nawet koleś, który przechodził obok pomógł nam to wszystko pozbierać, bo zdąrzyły już nadjechać dwa samochody (na szczęście się zatrzymały), a my wciąż probowaliśmy zebrać te cholerne cygara. Już spowrotem w środku samochodu przesiąkniętego aromatem starszego pana zamaskowanego teraz dymem nikt nie mógł uwierzyć, że ta kolekcja, pomniejszona teraz o dwa cygara, które nie przetrwały zderzenia z mokrą jednią, po prostu została na dachu.

 

i AMsterdam?

Dodano 13 czerwca 2008, w ..., przez autor

Od nie wiem już ilu lat mam Amsterdam wysoko na liście miejsc do odwiedzenia. Kiedyś, jeszcze w liceum, miałam jechać z Piotrkiem, miał już nawet bilet, tylko dla mnie miejsc w jedynym autokarze zabrakło. Widziałam Schiphol jeszcze przed remontem. A później kilka razy po. Gdzieś jeszcze jest ten tulipan, którego kiedyś tam kupiłam i trzymałam na parapecie. Teraz mam już bilet, i Magda ma bilet, i są miejsca w samolocie. Jeszcze tylko zajrzę do Krakowa.

 

24

Dodano 22 maja 2008, w ..., przez autor

it’s my birfday!

 

looking at life with the perspective of a girl

Dodano 20 maja 2008, w ..., przez autor

Narobił na mnie ptak. Później, jakoś koło dziesiątej wieczorem
znalazlam błyszczącą Nokię na chodniku. Odnalezienie właściciela było
zadaniem dla małego Sherlocka, którym się stałam po kilkunastu telefonach do ostatnio
wybranych numerów (większość osób po drugiej stronie słuchawki nie
mowiła po angielsku – Can you speak slow and clear, please? – więc przerzuciłam się na hiszpański (byli z Meksyku jak się domyślam), później
przekazywali telefon od osoby do osoby, bezsensownie, w końcu ktoś oddzwonił mówiąc, że
Roberto będzie wiedział gdzie znaleźć właściciela, ale Roberto
gburowato odpowiedział I don’t know, I’m busy). Baaardzo trudno było się dogadać z kimkolwiek (teraz mnie samą zaskakuje
moja wytrwałość i cierpliwość), więc wysłałam smsa do kogoś
o imieniu Saul Marquez (zapadło mi to imię w pamięć), który był
najmniej rozkojarzony podczas naszej rozmowy, powtarzając we
wiadomości to, co mu wcześniej mówiłam. Błyskawicznie odpowiedział, że
on może wziąć tą komórkę, ale teraz jest w pracy. Piętnaście minut
później jednak znalazł chwilę by przyjść odebrać telefon. W
międzyczasie czekałam z Alaną i psem (którego przywiozłam w
odwiedziny) i z Nokią promieniującą blaskiem Matki Boskiej (która była
wygaszaczem ekranu) pomiędzy nami. Z wielkim uśmiechem na twarzy
pojawił się przed nami niski Meksykanin i w zamian za telefon chciał
wręczyć nam plik banknotów. Nie chciałyśmy, ale nalegał, Come on, it’s only fifteen bucks! Nie wzięłyśmy jego pieniędzy. Może wcale nie odda tego telefonu właścicielowi, a może mówił prawdę.

Skończyłam studia. Oficjalnie, na oficjalnej imprezie, w czarnej
kwadratowej czapce, wśród pięciu tysięcy innych studentów, wśrod
piętnastu tysięcy gości. Udało mi się w tym tłumie nawet zlokalizować
rodziców i brata, zobaczyć własną twarz na telebimie na ułamek sekundy,
zobaczyć na telebimie twarz A., która strasznie mnie cieszy jak tylko ją widzę,
zobaczyć chłopaka bez spodni pod jego togą, posłuchać Roberta
Woodruffa, posłuchać jak Jacob zbyt głośno powtarza potknięcia Woodruffa (perełki typu I hope you all heard me listening)
a Vicki go ucisza a ja próbuję zachować się odpowiednio do okazji.
Powiedzieli nam, że jestesmy teraz absolwentami jednej z najlepszych
uczelni na świecie. We are so special.

Po oficjalnej części, po części rodzinnej (zdjęcia, przepyszne
kubańskie jedzenie, mocne mojito, spacer po parku i później jeszcze
mocniejszy constant buzz @ Dominick’s i niespodziewanie spotaknie z
Trent’em, którego nie widziałam chyba od półtora roku!, hamburgery z
Blimpie’s – naszych sąsiadów), po trzygodzinnej drzemce i lekkim
wytrzeźwieniu (bo to mocne trunki były, oj mocne), nastąpiła część
nieoficjalna. Impreza na dachu Trenta była jak za dawnych czasów. Był nawet keg, tylko tym razem z odświętnym piwem z Grizzly Peak,
było trochę nowej załogi, stara załoga się nie zmieniła, ma te same
gusta muzyczne, te same szalone okulary Unabombera, ma tylko trochę
większe osiągnięcia. Wszytko więc prawidłowo. Nawet A. w końcu zebrał
się w sobie i okazało się, że poza robieniem zdjęć, robieniem uników i
robieniem dobrej miny do każdej gry, potrafi jednak wykorzystać
sytuację, ku mojej wielkiej uldze.

Moje nicnierobienie dobiega końca. Od kiedy nie muszę chodzić do pracy
(i od kiedy się do tego przyzwyczaiłam, bo przez pierwsze półtora dnia
było mi jakoś nieswojo, co próbowałam zwalczyć piwem), lenię się na
kanapie, trochę skaczę na skakance, trochę próbuję porobić to na co do
tej pory nie miałam czasu (jak się okazało, była to tylko jedna sprawa
- odwiezienie laptopa do serwisu, bo zbierał już kurz od grudnia),
trochę czytam, ale raczej buduję wieżyczki z książek, którę chcę
przeczytać i czekam na bardziej słoneczne dni, planując wypady do
wielkich miast, nawet z człowiekiem, który nie może mnie znaleźć w tym
mieście, ale z którym to mamy pić kawę w Nowym Jorku gdzieś na jakiś
schodach ewakuacyjnych.

 

  • RSS